MacBook z procesorem M1 czy Intel – czym kierować się przy wyborze?

MacBook z procesorem M1 czy Intel – czym kierować się przy wyborze?

Jakiś czas temu, w ofercie amerykańskiego giganta spod logo nadgryzionego jabłka pojawiły się MacBook’i z ich autorskim procesorem M1. Wraz z ich wejściem na rynek, w głowach konsumentów zrodziło się pytanie: czy warto? Co więcej, osoby, które zdecydowały się na zakup intelowskich wersji ultrabook’ów Apple z 2020 roku popadły w mały kompleks i zagmatwanie, czy nie lepiej będzie pozbyć się roczniaka i zaopatrzyć w najnowszą technologię.

Niestety, jak to zwykle bywa, opinie na ten temat są bardzo podzielone. Jedni po przejściu na autorski procesor Apple nie wyobrażają sobie powrotu na intelowskie wertepy, a z kolei drudzy uznali procesor M1 za niedopracowany i nie wyróżniający nie niczym szczególnym, no może poza faktem, że na jego cześć nazwano sieć galerii handlowych w Polsce.

Żarty żartami, ale skupmy się na suchych i przede wszystkim – prawdziwych faktach, a nie tylko opiniach.

Co ma M1 czego nie ma Intel?

Przede wszystkim jest lepiej zintegrowany z pozostałymi podzespołami oraz zoptymalizowany typowo pod apple’owski system iOS. Ponadto, odznacza się wysokim taktowaniem na poziomie 3,2 GHz. W zależności od konfiguracji jego pamięć operacyjna wynosi 8 bądź 16 GB. Pamięć cache jest stała i ma aż 12 MB.

Czy to są jednak znaczące różnice?

Odpowiedź brzmi: stanowcze nie! Oczywiście skupiamy się stricte na procesorze, a nie innych podzespołach. Jednak zarówno w jednym jak i drugim przypadku różnica będzie nieznaczna i dla przeciętnego zjadacza chleba (o ile można tak nazwać użytkowników laptopów za około 5 tysięcy) praktycznie niewidoczna – przynajmniej w przypadku MacBook’ów spod szyldu „Pro”.

Jeżeli nie zaopatrzyliśmy się jeszcze w ultrabook i mamy luźny tysiąc złotych, warto zainteresować się procesorem M1 i dołożyć sobie do „lepszej” wersji popularnego Air’a. W pozostałych przypadkach nie ma to najmniejszego sensu. I tak będzie jeszcze przez długi, długi czas, dopóki Apple faktycznie nie przemyci do świata technologii jakiejś rewolucji, oprócz kolejnej (udanej zresztą) kampanii reklamowej.